Historia imion moich psów

szczęśliwy pies tarzający się w kupie

Z okazji przekroczenia wspólnie kolejnego progu – magicznej liczby 7000 czytelników Balansowej Poczty! Postanowiłam napisać bardziej osobisty wpis na blog.    

Będzie więc o moich psach. A jak się pisze o swoich psach, to jakoś tak całkiem przypadkiem, wyskakuje z kieszeni historia opiekuna. Postaram się nikogo nie uśpić. 

Obecnie (19/09/2021) nasza grupa rodzinna liczy sześć psów. I dwa koty. Trzy (psy) to border collie, a mniejszości to: australian cattle dog, owczarek belgijski groenendael i kundelek. 

Kto wybierał imiona dla moich psów?   

Wszystkie ja! No, prawie wszystkie, bo imię najmłodszej suczki wybrali jej hodowcy. A mi spodobało się bardzo i je tylko przypieczętowałam.   

Z kolei Mia na początku była Kuby i otrzymała imię z “Pulp Ficton”, czego osobiście nie mogę przeboleć, bo nie trawię reżysera i jego filmów. Może stąd pieszczotliwy pseudonim, którego używam na bieżąco: Żmija. 🙂  

Żmija jest ciepłolubna i najczęściej śpi koło mnie. Zapewniam, że powiązania imienia z psycho-Wallace nie wpłynęły na naszą relację.  

Jak mają na imię i jaka jest historia ich imion?   

Maszka    

groenendael instagram
 

To pies z tego etapu życia, kiedy rzucałam polonistykę na UJ. Największym plusem tych studiów było, że kiedy psychicznie obumierałam ucząc się gramatyki, moim wentylem normalności i budujących doświadczeń stały się psy! 

Pomiędzy zajęciami spacerowałam ze znajomymi i podejmowałam pierwsze próby współpracy z ich psami, a trafiłam dobrze, bo byli to zaangażowani belgomaniacy.    

Pokrętne i niekoniecznie poprawne logicznie ścieżki doprowadziły mnie do kolejki po szczenię owczarka belgijskiego odmiany groenendael. Na tamtym etapie byłam zafascynowana przede wszystkim maliniakami i użytkowymi owczarkami niemieckimi, ale lżejsze w budowie belgi w praktyce odpowiadały mi bardziej.    

Ponieważ był to etap przejściowy: jedną nogą “filologia polska”, a drugą początek trenerki psów, to Maszce trafiło się imię od tytułu niewielkiej powieści Nabokova, “Maszeńka”. Więcej zabawnych kombinacji było z imieniem rodowodowym, bo koniecznie miało znaleźć się w nim “morze”. Wyszły owoce morza – do dziś nie wiem czemu, bo kiedy pierwszy raz próbowałam coś takiego zjeść, z trudem byłam w stanie to przełknąć. No, nie.     

No i tak to się zaczęło —odkryłam psy, ale nie mogłam się odnaleźć w dostępnych wówczas formach edukacji. Zanim trafiła do mnie Maszka, miałam zaszczyt opiekować się pół roku Keltem, którego chciałam ukraść. Czekając na miot z moim szczenięciem, biegałam na treningi psów tropiących. Tak więc pierwsze kroki na psiej ścieżce wydeptałam w towarzystwie owczarów. I mam do nich słabość.  

Lucy   

“Bordery to takie psy – duchy, są, a jakby ich nie było”.  “Wolę psy z drivem” (czytaj: zachowujące się w histeryczny sposób. To pieśń przeszłości, tak rozumiałam psy na początku) . “Nie mogłabym mieć bordera, bo wgapiają się w kamienie, gonią cienie i mają dziwne obsesje”. To wszystko moje opinie na temat jednej z obecnie, NIESTETY, najpopularniejszych ras. To ostatnie zdanie skwitowała kiedyś koleżanka, borderomaniaczka: skoro byś nie mogła, to znaczy, że możesz mieć bordera.  

W tych słowach jest moc, bo niestety wiele osób, które zakochuje się w niezwykle wpatrzonych w swoich trenerów psach tej rasy, nie ma jeszcze prawa jazdy, a już wsiada do najszybszego samochodu. Geny to jedna strona medalu, druga to niestety umiejętności praktyczne, który przy większości borderów dobrze już mieć. Lub cierpliwość, wytrwałość i namiar na dobrego trenera, behawiorystę – PRAKTYKA.   

Na tamtym etapie uważałam, że nikt mi bc nie sprzeda – moja belgijka najlepszą wizytówką umiejętności, jak wtedy sądziłam, nie była. Dziś chylę czoła sobie z przeszłości: you did it! przeżyłaś! 😉   

Splotem wielu szczęśliwych przypadków wyjechałam na seminarium Andersa Hallgrena z hodowczynią mojej Lucki. Long story short: przyniosłam do domu szczeniaka. Mój ówczesny chłopak po otwarciu drzwi do domu, skwitował: “oszukałaś mnie”. Tak, oficjalnie jechałam odebrać książeczkę startową dla belga w oddziale ZKWP 😉   Ale nigdy nikt mi Lucyny nie wypomniał, bo jest właśnie taka jak jej imię.    

Lucy, lucidity i inne lucidness, światłość, jasność, można to sobie interpretować na wiele sposobów. Prawda o Luśce jest taka, że jest jednym z najszerzej uśmiechniętych, najbardziej pozytywnych wzmocnień w moim życiu. Robiła mnóstwo szalonych rzeczy jako szczeniak, od rzucania się na samochody i prób gryzienia ich, aż po uciekanie do cienia człowieka majaczącego na horyzoncie, ale…była prospołeczna, lubiła dotyk, tulenie i buziaki w przestrzeń między oczami. A na moich rękach układała się jak ragdoll. Miła odmiana po belgu, który miał już na koncie ugryzienia, a spacerowanie z nim po miejskich zakamarkach podnosiło poziom adrenaliny.  

Lucyny radosne usposobienie, ciekawość, to że mogłam ją zabrać ze sobą w każde miejsce i to, że praca przynosiła postępy i że była życzliwie nastawiona do świata, po prostu robiło mi każdy dzień. To z nią odkryłam moc DZIAŁANIA i zrozumiałam, że jeśli coś robię, to konsekwencją jest zmiana. Lucy forever.    

Proper  

 

Wzięłam go niespodziewanie, bo stałam w kolejce po psa z innych linii, myślałam też o szczeniaku po mojej ulubionej suczce (mamie Zenia). Traf chciał, że Propek akurat ostał się w miocie, a moje koleżanki, późniejsze klubowiczki, odbierały z Czech siostrę jadącą do Tarnowa. No to wzięły od razu dwa szczeniaki na wynos. 😉 

Proper naprawdę jest pracującym gangsterem i Alem Capone, więc codzienne imię nie mogło być gorsze. Dostał je pod wpływem jakiegoś undegroundowego, rapowego kawałka. Później zdarzyło się, że dzieci przezywały go “Rapuś” właśnie. W domu najczęściej nazywany jest “Bubu”, bo jego pyszczek wygląda bardzo niewinnie. Dopóki nie wyjdzie na trening.  

Zen   

To imię to krótka historia o odkryciu buddyzmu jako zestawu wspierających przekonań. Pieszczotliwie zwany Zenkiem, w rodowodzie “my Zen”, jest totalnym przeciwieństwem wyobrażenia ludzi o stanie ZEN. Czy słusznie? Dłuższa historia.  

Emocjonalny, silny, szybki, mocny. Pełno go wszędzie i żyje pełną piersią. A klatę ma wyjątkowo głęboką jak na bordera.  Szkoda, że nie będzie małych Zenków, bo chciałabym trafić na takiego psa, kiedy będę znów zaangażowana w sport na przynajmniej pół etatu.     

Kirra  

portret psa
Kirra z irokezem

Jak już wspomniałam, to imię wybrane przez hodowców na etapie odchowu miotu.   Ależ mi się ono spodobało! Sprawdziłam znaczenia, a tam jakieś światła czy inne jasności, podobne do Lucyny. A że skojarzenia z Lucyną to najwyższa forma komplementu, no to zostało. Poza tym jest dźwięczne, mocne i pasuje do tego sprężystego suczyska! I tak, Kirra jest do Lucyny podobna. Też życzliwie nastawiona do ludzi. Też szeroko uśmiechnięta. Też wyjątkowo sprytna. 

Na koniec, przyznaję bez bicia, że mam już wybrane imię dla następnej borderki.   

Kto nią zostanie? I czy faktycznie będzie to borderka? Wyjaśni się w ciągu najbliższych trzech lat.

Zobacz też

Odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

czternaście + trzynaście =

  1. Kirra podoba mi się najbardziej z tego zestawienia! Jest taka.. Kirrowata? 😁 totalnie to do niej pasuje!

    U nas jest Leon – pradziadek mojego męża miał tak na imię. Był cudownym i bardzo energicznym mężczyzną! I taki też jest Leon (tylko on jest psem 😁)

    I jest jeszcze Nala – w momencie kiedy zadzwoniła fundacja do nas, że możemy ją adoptować w tv leciał Król Lew i scena z Nalą. Więc tak zostało ❤️