Bez kategorii

Przeprowadzka na wieś. Z miasta do wsi. Opowieść o przeprowadzce z psami.

przeprowadzka na wieś

Przeprowadzka z psami na wieś. Czy warto podejmować taką decyzję? Jak żyje się z psem na wsi? A jak w mieście? Opowiadam o swoich doświadczeniach. To miał być lekki artykuł, ale niechcący przemyciłam w nim sporo konkretnych treści. Jest to wpis o różnicach pomiędzy miastem a wsią z perspektywy szkoleniowej, jeśli więc stoisz przed decyzją o przeprowadzce ze swoim psem, koniecznie przeczytaj. Z tym, że weź pod uwagę, że opisuję sytuację skrajną. Sytuację przeniesienia się z samego centrum do malutkiej wsi, otoczonej przez lasy. W dodatku z bardzo subiektywnego punktu widzenia, bo nie da się ukryć, że mieszkanie na wsi to spełnienie moich marzeń.

 

No i bach! Minął rok odkąd przeprowadziliśmy się z Krakowa na wieś na drugim końcu Polski. Z wygodnego mieszkania w centrum, nad Wisłą, blisko Błoń, blisko Lasu Wolskiego, blisko sklepów, galerii, kawiarni, restauracji, MPK, rodziny, znajomych no i zakupów dostarczanych do domu z Tesco ;-))) Przenieśliśmy się do poniemieckiej ruiny, którą Kuba własnymi rękami, przy pomocy mniej lub bardziej fachowych fachowców doprowadza do stanu użyteczności. Do życia przystosowane mamy dwa pomieszczenia: starą stodołę, (czyli obecnie nasz: pokój, sypialnia, kuchnia, pracownia, pokój dziecięcy, graciarnia, miejsce przechowywania części psów) oraz łazienka. Pomiędzy nimi jest mały korytarz z przedsionkiem, gdzie urzęduje część psów. Druga część (ta liczba cały czas rośnie) systematycznie przenosi się do naszego pokoju. W chwili, kiedy piszę ten artykuł na stałe zamieszkuje z nami Mia, Zen i Lucynka.

 

 

To jak to jest z tą wsią i dlaczego skradła moje serce? Lecimy po kolei 😉

Gdyby ktoś zapytał mnie, gdzie socjalizować młodego psa: na wsi czy w mieście? Bez wahania wskazałabym wieś. Nie przekonuje mnie płacz i zgrzytanie zębów, że socjalizować psa na wsi nie ma z kim. To nie jest prawda. Zawsze znajdą się w pobliżu punkty, przy których można przepracować potrzebne sytuacje. Pokazać szczeniakowi ludzi i psy. A przy okazji różne wytwory cywilizacji. Mało tego, robisz to w tak małych dawkach, że unikasz sabotowania własnej pracy: nie przeciążasz, a co za tym idzie nie UWRAŻLIWIASZ niechcący rozwijającego się organizmu na te, trudne dla niego aktualnie bodźce. Dodatkowo, robisz to podczas jednego wyjścia, kiedy jesteś zorientowana na pracę nad tym tematem. Co w sumie oznacza koniec niezaplanowanego bombardowania malutkiego pieska trylionem wrażeń, na które aktualnie nie wystarcza mu zasobów psychicznych. Do tego, po zrealizowaniu swojego planu, wracasz do domu, gdzie panuje cisza, spokój, w pobliżu masz łąkę, las, a w najgorszym wypadku ogród i po każdej wyprawie tak pies, jak i Ty możecie odreagować. Przez dzień – dwa – tydzień aplikować sobie tylko spacery w odosobnieniu, po to by kolejny raz zmierzyć się ze światem, kiedy maluch będzie na to gotowy. I to Ty decydujesz, ile to będzie trwało.

Minusy? Wydaje się to większym obciążeniem, bo trzeba podjąć decyzję: tak, jadę pracować nad takim problemem i celowo wyruszyć w drogę. Osoby, którym nie chce się pracować, nie zaczną tego robić niezależnie od miejsca zamieszkania, chociaż prawdą jest, że w bardziej sprzyjających warunkach łatwiej jest zacząć. Ja sama często zmuszam się do działania, a żeby nie stracić swojego celu z pola widzenia wrzucam go do miesięcznego planera, za pomocą którego kontroluję ilość i jakość treningu moich psów. Co ważne, tą pracę trzeba kontynuować przez całe życie psiego dzieciaka.

Czym objawia się okres zwiększonej wrażliwości u szczeniaka? W uproszczeniu: jest to strach, niewspółmiernie silne reakcje na różne bodźce. Przykłady? Wycofywanie się przed hałasem ulicznym, ruchem samochodów, chęć pogoni za ruszającymi się obiektami, czajenie się na widok cieni majaczących na horyzoncie, wypatrywanie zbliżających się, pojedynczych osób, panika na widok parasola, oszczekiwanie obiektów. Najmądrzejszą decyzją, jaką w tym okresie można podjąć mieszkając w mieście jest zostanie w domu, dopóki ten czas nie minie, dawanie mu łatwych wyzwań, rozwijających pewność siebie i/lub spędzanie czasu w naturalnym środowisku po prostu ciesząc się chwilą.

Każdy z moich psów wychowywany był w mieście. Wiem, [sociallocker id=6989] co to znaczy wychodzić z klatki schodowej bezpośrednio na jedną z najbardziej ruchliwych ulic z przerażonym szczeniaczkiem, który każde przejeżdżające auto chciałby zatrzymać zębami lub obsesyjnie wpatruje się w przejeżdżające pojazdy i chce je gonić. Wiem jak miło jest wpadać na każdym rogu tłocznego miasta na psy / ludzi, kiedy mój pies panicznie się ich boi. Wiem jak to jest nie mieć szansy uciec od tego na tydzień, dwa, miesiąc no chyba, że w Bieszczady. Ok, wiem też, jak wspierać psa i co zrobić, żeby pomóc mu przejść przez to z poczuciem, że jest zwycięzcą, nie zmienia to jednak faktu, że mając wybór zawsze wolałabym spędzić ten okres czasu jak najdalej od miasta i jeszcze bliżej natury. Kiedyś, kiedy jeszcze popularna i polecana była metoda floodingu, na kilka takich eksperymentów załapał się mój pierwszy pies. Przy drugim wiedziałam już, że to debilizm, a od trzeciego odpuściłam całkowicie i czas zamknięcia w domu traktowałam jako prezent, wykorzystując go treningowo zupełnie inaczej.

 

No właśnie, jak jest z treningiem?

Od strony teorii, większość pracy z psem powinna odbywać się w warunkach dla niego łatwych. Nie ma co przejmować się więc, że uprawiacie chodzenie przy nodze czy wysyłania do kwadratu ciągle w tych samych miejscach. Trzeba potraktować to jako walor i wykorzystać maksymalnie. To w takich warunkach, wręcz sterylnych, najłatwiej jest mądrze i systematycznie podnosić psu poprzeczkę. Poza tym, jeśli myślisz, że skoro pies zna Twój ogród to przesunięcie kwadratu o dwa metry w inną stronę nie zrobi mu różnicy tzn. że jednak nie do końca korzystasz z miejsca, w którym jesteś…Dla mnie, przy dużej ilości psów, fantastyczna jest też oszczędność energii i czasu: nie muszę za każdym razem zabierać ze sobą całego ekwipunku treningowego, bo większość rzeczy grzecznie czeka na mnie w ogrodzie. Taka sytuacja pomaga mi też zobojętnić psy na widok pachołków, kwadratu, przeszkody i innych ekscytujących je gadżetów. Kilka razy dziennie mijamy obediencowy ekwipunek nie wchodząc z nim w żadną interakcje, co bardzo obniża oczekiwania!

Utrudnienia? Trzeba uważać na schematy, bo można zrobić coś dokładnie przeciwnego niż opisałam wyżej. Kiedy moje dziecko było noworodkiem, wyskakiwałam z domu na chwilę właściwie tylko na trening. Mój Proper szybko i słusznie uznał, że taki schemat to jedyny sposób na naszą koegzystencję. No i później były jaja, kiedy pierwszy raz zabrałam go na spacer. Był tak sfrustrowany tym, że nagle, zamiast wykonywać ukochane zadania MUSI iść na smyczy, bez celu, że przez pierwsze 30 minut cały czas piszczał. Szybko wyciągnęłam z tego wnioski i kolejny miesiąc ćwiczyliśmy tylko spokojne wyjścia, spacerowaliśmy godzinami no i od tamtej pory nie zaczynam treningu przed domem nigdy, kiedy się tego spodziewa. Problem solved.

 

Co jeszcze? Znowu, trzeba pamiętać o zabieraniu psa w nowe miejsca, a także o regularnym, zorganizowanym treningu pełnym umiejętnie dobranych, nowych bodźców. Do tego podczas wyjazdów na seminaria / treningi być ekstra uważnym na doświadczenia, jakie wynosi z nich pies. Dlaczego trzeba zwracać na nie uwagę bardziej? Bo siłą rzeczy, jeśli tych wyjazdów jest niewiele, bardzo szybko można nauczyć zwierzaka czegoś zupełnie przeciwnego do naszego celu. Ja kilka razy pozwoliłam sobie na nieuważność, niedbalstwo i dzięki temu na nowo odkrywam swoje stado przyjmując z pokorą, że nothing lasts forever.

Przykład z życia? Mój Proper jest psem bardzo mocno koncentrującym się na zadaniach jak i na nagrodzie. To ten pies w stadzie, który widząc obcego człowieka po raz pierwszy od razu szuka sposobu na wymuszenie zabawy w aportowanie czegokolwiek, co przy odrobinie fantazji można zakwalifikować do kategorii: zabawki, a jeśli mu się to nie uda, odreagowuje gryząc smycz. Upraszczając temat, dla niego najważniejsze jest, aby przebywanie w pobliżu człowieka wiązało się ze spokojem no i oczywiście poczuciem bezpieczeństwa (żadnego aportowania, żadnego pobudzania, żadnych entuzjastycznych okrzyków i dotykania). Od pierwszych dni widziałam w nim tą tendencję i chroniłam przed kontaktem z ludźmi, co zaowocowało tym, że zupełnie nie zwracał na nich uwagi. Był tak spokojny i wlepiony we mnie wzrokiem, że w treningu bywało wyzwaniem wykorzystać wołającego go pomocnika… Po prostu nie zauważał nikogo. Po wielu miesiącach przebywania głównie w ogrodzie i w lesie, nie widzenia ludzi (zero znajomych i społecznego życia), braku ukierunkowanego treningu, na seminarium wystarczyło jedno zbyt entuzjastyczne przywitanie z dobrą znajomą oraz nakarmienie go czymś smacznym, kiedy na nią wskoczył by do końca trwania imprezy cały czas poszukiwał wzrokiem przyjaciół i próbował powtarzać tą sytuację 🙂 A ja ze zdziwieniem badałam swój próg cierpliwości do tego gada.

 

Na wsi jest dużo sytuacji, kiedy mijasz psy znajdujące się za płotem, a to najczęściej trudne doświadczenie dla malucha lub bardziej strachliwych zwierzaków, zwłaszcza jeśli te psy szczekają. Nie da się jednak nie zauważyć ogromnego plusu: nie podbiegają. Jeśli masz pecha to Twój sąsiad lub ktoś przy Waszej drodze spacerowej może zostawiać otwartą bramę tudzież nie przejmować się, że jego pies próbuje przekopać się do Chin pod własnym ogrodzeniem i wtedy nie unikniesz stresujących spotkań. Takie sytuacje w mieście to chleb powszedni, aczkolwiek świadomość właścicieli jest bezdyskusyjnie wyższa.

Jeśli chodzi o podstawowe potrzeby Twojego psa, tu znów wszystko zależy od Twojego trybu życia, ilości psów etc. Ja psów mam pięć i łatwo wyobrazić sobie, że zwykły wyskok na miejski trawnik z taką załogą zamienia się w spore wyzwanie. Kiedy rozdzielasz psy do wyjścia (a często z różnych względów jest to konieczne) to z 3-4 spacerów dziennie może się ich nagle zrobić przynajmniej 2x tyle. W ten sposób coś, co jest przyjemnością może łatwo zmienić się w męczący, czasochłonny obowiązek. Czas nie jest z gumy i zawsze coś na tym ucierpi. Nie lubię rezygnować z rzeczy, które są dla mnie ważne, a mam ich trochę w życiu, więc od dawna marzyłam o możliwości powiedzenia psom: tam są drzwi! I powrocie do swoich spraw. Tak właśnie mogę robić teraz, dzięki czemu one siedzą na trawce ile chcą, a ja zaoszczędzony czas mogę zainwestować we wnoszące wiele w nasze życie, długie spacery po pięknej okolicy, treningi, blog, czy inne istotne dla mnie sprawy. Pod kątem liczebności rodziny, wieś ułatwia mi też połączenie stadnego życia z byciem mamą małego dziecka. Zakładam kurtkę, wkładam dziecko do nosidełka, otwieram drzwi i jestem na łące, a zaraz w lesie.

 

Reasumując, do plusów wsi zaliczam to, że psy mogą siedzieć na zewnątrz dowolną ilość czasu, łapać muchy, grzebać w ziemi, korzystać z toalety, wąchać trawę, tarzać się w piasku, bawić się. I przede wszystkim, są w tym wolne, nie są pod ciągłą kontrolą. Pod pojęciem kontroli mam na myśli wiecznie przyklejonego do psa człowieka, który nawet jeśli nie nadzoruje psa wzrokiem, to jednak ciągle gdzieś wokół niego orbituje. Ja oszalałabym na ich miejscu. Z tej perspektywy, tym bardziej cieszę się, że dostają swoją przestrzeń. Taki tryb życia rozwija w nich samodzielność i jest doskonałym uzupełnieniem do dyscypliny, którą trenuję.

Zmieniając całkowicie warunki życia obserwowałam studium przypadków przepoczwarzających się pod wpływem minimalnej kontroli. Na przykład buntownik z wyboru, Lucyna gładko łyknęła taką zmianę, było to najbardziej naturalną rzeczą na świecie, ale za to źle czuje się zawsze wracając do miasta. Z kolei dla Propera było to bardzo trudne doświadczenie. Kto zna tego wrażliwego synka mamusi, ten uwierzy, że nawet mając traumę (uszy zmaltretowane histerycznym owczarkiem belgijskim), akurat z jego szczekania na listonosza cieszyłam się i cieszę jak z najpiękniejszego prezentu. I uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam podglądać przez okno, jak sam eksploruje otoczenie, bawi się patykiem, słowem: zajmuje swój czas nie zerkając nawet w stronę domu.

Brak hałasu i monotonia mojej miejscowości powoduje też, że psy są generalnie dużo bardziej spokojne. Jeśli w związku z powyższym myślisz, że osiągają wewnętrzną równowagę do tego stopnia, że nic nie robi na nich wrażenia i można odpuścić całkowicie pracę, to niestety jesteś w błędzie. Ale to chyba już dość dobrze wyjaśniłam. Nadal w codziennym życiu możliwe są różne “punkty zapalne”, np. wyjścia z psami. Wspólny spacer to coś zupełnie innego, niż przebywanie samemu w ogrodzie nawet cały dzień. Nawet najbardziej ukontentowany flegmatyk zerwie się jak dziki, aby tylko móc Ci towarzyszyć! Za to zupełnie nie zgadzam się z tym, że ogród nie daje psu zajęcia i nie zaspokaja jego potrzeb. Potrzeby kontaktu i współpracy z człowiekiem nie zastąpi, to prawda, ale daje mnóstwo swobody.

Przestrzeń na wsi, to nie tylko kwestia ogrodu i bajkowych, spacerowych terenów. To też dom. Na małym metrażu, a taki jest metraż mieszkań, spora psia rodzina raczej nie będzie czuła się dobrze. Tak, można tak, da się, pytanie czy to jest w pełni komfortowe dla wszystkich, dla ludzi jak i psów? Dla mnie na przykład niekoniecznie, a drugim takim indywidualistą w naszej rodzinie jest Proper. Choć nawet zmieniając mieszkanie na większe, byłam zaskoczona tym, jak psy spędzały czas. Na niecałych 60m2 Proper wybierał kuchnię, ja siedziałam w salonie, a w sypialni urzędowała Pacyna… Oczywiście mnóstwo czasu byliśmy razem, ale po wspólnych spacerach i treningach, kiedy metraż na to pozwalał, każdy szukał swojego skrawka podłogi i regenerował się w samotności.

Z ciekawostek, tak, zmiana miejsca zamieszkania może zmienić perspektywę na danego psa. Mój reaktywny, strachliwy, czujny owczarek belgijski, zdający raport o każdym nowym kamieniu, który padł na ścieżkę przydomową, w mieście był psem bardzo wymagającym. Odkąd mieszkamy na wsi, nadrabiamy zaległości spacerowe z nawiązką. Tutaj jest kompanem idealnym i z żadnym psem nie lubię wędrować po lasach i łąkach tak, jak z nią. Ona też ma dużo lepsze życie. Nareszcie może wszczynać alarm, że ktoś pojawił się w okolicy i nikt nie ma o to do niej cienia pretensji. A najtrudniejsze z czym musi się zmierzyć, to przejście w ciszy koło przesympatycznych psów sąsiada ujadających na nas zza płotu.

 

Tak wygląda mój prywatny bilans miasto/wieś 🙂 Żadne rozwiązanie nie jest idealne, składa się na to mnóstwo czynników: wieś wsi, ani miasto miastu nierówne. Można mieszkać w bardzo uciążliwej lokalizacji wiejskiej lub w super komfortowym zaułku miejskim. Można mieć jednego psa, a można mieć ich sześć lub…więcej. Każde miejsce dostarcza innych wyzwań. Tylko Ty wiesz, na jakie chcesz wydatkować swój czas i energię. I na to warto sobie odpowiedzieć.[/sociallocker]

You Might Also Like