Dziecko i pies

Początki pasienia. Wyjazd i trening z dzieckiem i z psem.

początki pasienia

Początki pasienia z dzieckiem i z psem jedyne 200km od domu. Da się…? Na bieżąco przygotowuję różne, sporej objętości artykuły i przez ogrom pracy, która nad nimi jest pomijam dzielenie się doświadczeniami na bieżąco. Pomyślałam, że trochę to urozmaicę. Tyle się mówi o tym jak życie codzienne wpływa na treningi, o holistycznym podejściu, o tym, że codzienność najgłębiej rzeźbi punkt widzenia, a później o tej codzienności rozmawiamy najmniej. Także od dzisiaj będę wrzucać mniejsze formy dotyczące życia i różnych doświadczeń, w tym treningowych z moimi psami.

W ciągu ostatniego miesiąca udało nam się w końcu postawić pierwsze, nieśmiałe kroki w stronę marzenia, które brzmi: trenować pasienie z naszymi psami. Pomysł zakiełkował dawno. Najpierw spróbowałam z niespełna roczną Maszką (kiedy czytam to na głos, Kuba skręca się ze śmiechu. Nie pytaj dlaczego…), jednak mimo zapału, mojego i belgijskiego, nie było wtedy możliwości dojeżdżać regularnie na treningi. Później, przy okazji prowadzonego przeze mnie seminarium w Czechach, połączyliśmy przyjemności i spędziliśmy kilka dni na farmie u Martina Maczka, gdzie całe stado (Lusia, Proper, Zen) stawiało swoje pierwsze kroki w penie, a my z nimi. Jedną z konsekwencji tego wypadu jest nasza przeprowadzka na wieś, a potem kupno pięciu baranów, które z powodu przeszarżowania w mierzeniu sił na realne możliwości musieliśmy dość szybko oddać. Przeprowadzka i remont naszej ruino-stodoło-rolniczej miejscówki (tak, nasz obecny dom był miejscem zjazdów koła rolniczego, living room stodołą, a na strychu znalazłam wymiętą trzynastą księgę Pana Tadeusza;-)))) pochłonęła ogromne zasoby czasowo-energetyczne, dodatkowo spieszyliśmy się z przeprowadzką, żeby Świeżaka ominęła przyjemność życia w Grodzie Kraka. No i udało się, bo niedługo minie rok! Młody ma 8 miesięcy, pierwsze zęby i z czasem coraz lepiej nam się razem podróżuje. Przy pierwszej okazji (a jaka jest lepsza okazja od urodzin Kubuta?), pojechaliśmy odwiedzić Szczodre, czyli Manitou Gosi Mordalskiej i Gosi Miśty. Dla wygody zabierając ze sobą tylko dwa psy: Lucynę i Zenka. Podzieliliśmy się w pary według płci i tak ja mierzyłam się z Pacyną, a Jakub oswajał Zen. W sumie spędziliśmy na łące ponad 4h! Tylko raz podczas całego pobytu Ed zażyczył sobie głośno zmiany pozycji: nie potrzebował już tulenia i kołysania nosidełka, za to chciał siedzieć przodem do świata i obserwować co się dzieje!

 

początki pasienia zen

Trening z Martą Chmiel

 

Drugi wypad był trochę bardziej skomplikowany, bo w zaplanowany na wyjazd dzień ze względu na nieprzespaną noc zdecydowaliśmy się zostać w domu. Kiedy tylko odpoczęliśmy trochę, podjęliśmy decyzję, że wyjeżdżamy kolejnego ranka! Nadal niewyspani, ale za to po dniu regeneracji czuliśmy się wystarczająco OK, żeby spróbować. No i poszło! Tym razem w końcu poznałam i zobaczyłam w akcji Martę Chmiel, a to było warte trudów. W niedzielę było lodowato, obrzydliwie, do tego zmotywowani poprzednim wyjazdem wrzuciliśmy do bagażnika wszystkie trzy bordery (no w końcu co to dla nas!!!;-))). I…znów przeliczyliśmy się, bo finalnie skrócony trening miały tylko dwa psy. Sprawdzałyśmy z Martą, co po dwóch latach od ostatniej próby powie na temat owiec Proper, a na drugie danie ćwiczyłam Zen, tak fizycznie jak i mentalnie, bo moje najmłodsze zwierzątko po ostatnim wejściu mającym na celu rozwijać motywację, tym razem wparowało na łąkę wywołując jedno pytanie: gdzie podział się ten grzeczny, miły piesek? ;-))))

Po wejściach z chłopakami niestety zrobiło się już tak późno (i była taka zimnica), że musieliśmy zabrać się w drogę powrotną (200km!). W efekcie Pacynie, mającej wejść na końcu przepadł trening, a ponieważ owce to jej miłość życia (zaraz po dzieciach, kradziejstwie jedzenia, polowaniu na odkurzacz, gryzieniu mopa i gnębieniu owczarków belgijskich) to starałam się na nią nie patrzeć, żeby nie widzieć tej rozczarowanej japy i łez szklących się w jej cwanych oczętach… * No, generalnie było mi trochę przykro, że nie dostała swojej szansy.

*(tak, P-, możesz rozluźnić mięśnie).

 

dziecko i pies początki pasienia

Czytając ten wpis widzisz na pewno, że połączenie dwóch światów jest możliwe i że da się zabrać ze sobą niemowlę na treningowy wyjazd. Warto przy tym pamiętać o kilku kwestiach, które ułatwią bezbolesne przetrwanie podróży. Nie są to zasady sprawdzające się w każdym przypadku, dzieci są różne, a ja nie jestem w żadnym wypadku ekspertką od ich rozwoju. Jestem trenerką psów i ich właścicieli, czy tam: właścicieli i ich psów 😉 Także poniższe punkty potraktuj jako podzielenie się doświadczeniem… I koniecznie napisz mi w komentarzu co Tobie ułatwia podróże z maluchem i psem. Chętnie się zainspiruję 😃

Ok, do rzeczy. Co nam się sprawdza?

  • Wyjazd jest uzależniony od godziny pobudki malucha, wstajemy więc jak najwcześniej, ale dopiero wtedy kiedy sam się obudzi. Czasem jest to 6:00 rano i wtedy mamy czas aby wyjechać z domu o dobrej godzinie: cieszyć się całym dniem oraz wczesnym powrotem (przed zmrokiem, czyli godziną zmęczenia i płaczu). A czasem niestety nie udaje się.
  • Kiedy maluch wstaje spieszymy się ze wszystkimi czynnościami tak, aby zapakować go do samochodu tuż przed pierwszą drzemką. To gwarantuje nam długą, spokojną jazdę bez syreny alarmowej.
  • Po przyjeździe na miejsce treningu pierwsze co robię to karmię, a Kuba zajmuje się przebraniem Świeżaka jeśli jest taka potrzeba. Wyspany i nakarmiony dzieciak ma dobry humor, co daje mi czas, który mogę spożytkować ze swoimi psami.
  • Podczas pobytu gdziekolwiek ogromnie przydaje się chusta lub nosidełko ergonomiczne (ja niestety nie złapałam chustofazy, ale mam fazę nosidełek, uwielbiam i polecam najmocniej na świecie). Poza tym, że są bardzo wygodne, bo łatwo spakować w nie dzieciaka i udać się np. z psami na spacer lub na plac w celu obserwacji treningów innych osób, to jeszcze zaspokajają potrzeby niemowlęcia.
  • Karmienie piersią. Najwygodniejsze, najszybsze, ułatwia wyjazd, bo niczego ze sobą nie trzeba zabierać. No i stwarza dodatkową przestrzeń dla dziecka.
  • Z ważnych rzeczy (zapisuję dla siebie;-))), przy tak małym dziecku dobrze jest nie zapomnieć pieluch na zmianę.
  • Podróż nie może trwać dłużej niż 2 godziny, później konieczna jest przerwa
  • Wyjazdy w ciepłe dni, odpuszczenie sobie tych najzimniejszych, bo pomimo znalezienia wielu plusów takiego wyjazdu, jest się nim umęczonym 100x bardziej niż wyjazdem przy dodatniej temperaturze.
  • No i coś, co bardzo ułatwia życie: jeżdżę do organizatorów, którzy rozumieją , że Niemowlak jest Szefem stada i są tak kochani, że ustawiają pod nas kolejkę. Jestem dozgonnie wdzięczna wszystkim razem i każdemu z osobna za przepuszczanie nas ♥ Dzięki temu mamy szansę zrobić swoje wejścia na trening zanim Świeżak będzie potrzebował kontaktu, który skutecznie by je udaremnił.

 

Do tej pory nie sprawdziły się nam:

  • Wyjazdy późnopopołudniowe i wieczorne: smutek, rozpacz, płacz, przystanki, zabawianie i frustracja. Jeśli mogę to wolę wyjechać dzień wcześniej niż wieczorem.
  • Budzenie dziecka. Zły humor, zło, zło, zło. Nie.

A gdzie w tym wszystkim jest pies?

 

początki pasienia z border collie

Zen i Lucy czekają na swoje wejścia

 

Nasze, na ten moment ,w bagażniku za kratkami. Ale planujemy wkrótce zakup specjalnych i bezpiecznych. Na wszelki wypadek wspomnę też, że aby pies dobrze znosił taki wyjazd musi być przyzwyczajony do podróżowania (spokojne przebywanie w samochodzie, obycie z nowymi miejscami, przenośny kennel, który w razie potrzeby można rozłożyć w miejscu treningu). Kiedy to już macie, warto pojechać wspólnie, całą rodziną na pomniejsze, okoliczne wycieczki choćby po to, aby upewnić się, że pies nie zaskoczy Was jakimiś zmianami w zachowaniu w powiększonym składzie.

To co dla mnie jest teraz wyzwaniem to nauczenie się od nowa zarządzania zasobami psimi w czasie. Niestety, ale aby naprawdę dobrze przygotować psa do wejścia na trening, zdążyć zrobić mu spacer, rozgrzewkę, zapoznać z nowym placem treningowym, powinnam ograniczyć się do zabierania ze sobą tylko jednego zwierzaka. Wtedy taki wyjazd byłby wypoczynkiem. Dwa psy – możliwe, ale wymagające już wysokich obrotów. Więcej: moim zdaniem wchodzą w grę tylko indywidualne lekcje.

Odnośnie zawartości naszych treningów: nie będę produkować się na temat, o którym nie mam pojęcia. Uwielbiam obedience, ale bardzo chciałam uzupełnić nasze życie z psami dając im to, do czego zostały stworzone. Podejmowaliśmy jakieś próby w stronę pracy węchowej, a teraz próbujemy dalej, czegoś innego. I zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.

Każdej mamie, która obawia się takich wyjazdów proponuję przełamać się i spróbować. Samo przekonanie się, że się da, nawet drobne kroki w stronę połączenia swojej pasji z macierzyństwem dają ogromną motywację do dalszego działania, a przy dobrym przygotowaniu i wsparciu maluch nic na takim wyjeździe nie traci, a wręcz przeciwnie: ma kontakt z nowymi bodźcami, poznaje ciekawych ludzi i nowe sytuacje.

Zapisz się do Zbalansowanej Poczty!

Otrzymasz wiedzę, porady, inspiracje, których nie znajdziesz w żadnym innym miejscu. Oraz bonus w postaci checklisty najważniejszych umiejętności psa!

Jeszcze chwileczkę...

Dziękuję, że jesteś z nami!

You Might Also Like